Boże Narodzenie we Włoszech to przede wszystkim zapachy. Nie, nie choinki i kominka, ale przypraw, owoców morza, cukru i migdałów. Oczywiście w każdym regionie Boże Narodzenie pachnie inaczej i każdy ma swoje słodkie tradycje, które zachwycają zarówno smakiem, jak i historią. W miarę podróżowanie po Italii i poznawania świątecznych słodkości byłam zaskoczona ich różnorodnością i ilością. Wydawało mi się, że ich ilość jest nieskończona! Z czasem zaczęłam odkrywać ich wyjątkowość i to, jak wiele mają wspólnego z miejscem, z którego pochodzą. To zresztą dotyczy wszystkich potraw, nie tylko słodyczy, a historie stojące za każdym z dań są fascynujące. Dziś zabiorę was w podróż po słodkich świątecznych smakach i przedstawię wam 15 deserów, które pokochałam – każdy z nich to kawałek włoskiej duszy.
Panettone
Nie można mówić o włoskich świętach bez wspomnienia o panettone. Choć pierwszy raz spróbowałam go w Mediolanie, skąd pochodzi, to dziś najbardziej lubię te z Sycylii nadziewane kremem pistacjowym. Moje pierwsze wrażenie? Wygląd taki sobie, trochę jak babka, nic szczególnego. Ale ten zapach! Maślany, lekko cytrusowy, z nutą wanilii. Tradycyjne panettone przygotowuje się na zakwasie, co nadaje mu puszystą strukturę i wyjątkowy smak. Na koniec po pieczeniu musi kilka godzin wisieć do góry nogami, żeby nie opadł.
A teraz najciekawsze! Podobno panettone powstało przypadkiem. W XV wieku kucharz na dworze Ludovico Il Moro spalił deser przygotowany na Boże Narodzenie. W panice i wielkim stresie jego pomocnik, Toni, wymyślił proste ciasto drożdżowe z bakaliami. Deser okazał się hitem wśród gości, a nazwano go “pane di Toni”, czyli chleb Toniego.
Od tego czasu panettone przeszło wiele modyfikacji i jest dziś symbolem Bożego Narodzenia w całych Włoszech. Włosi uwielbiają eksperymentować, dlatego w sklepach można znaleźć przeróżne wersje – z limoncello, czekoladą i pomarańczą, kremem pistacjowym czy kremem o smaku ciasteczek Biscoff. A co mnie najbardziej urzekło? To, że najlepiej smakuje lekko podgrzane, a z filiżanką espresso smakuje nieziemsko.

Pandoro
Pandoro to taki młodszy brat panettone – niektórzy mówią, że prostsze w przygotowaniu, ale nie jestem wcale tego taka pewna. Jego nazwa oznacza złoty chleb i naprawdę ma w sobie coś królewskiego. Pandoro pochodzi z Werony i podobno tam smakuje najlepiej. Podaje się go hojnie obsypanego cukrem pudrem, który ma przypominać śnieg.
Pandoro ma kształt ośmioramiennej gwiazdy, co podobno symbolizuje gwiazdę betlejemską. Piekarnie w Weronie zaczęły produkować pandoro na większą skalę w XIX wieku, ale jego korzenie sięgają średniowiecza. Jednak w dawnych czasach to był deser tylko dla nielicznych, ponieważ do jego wypieku używa się całe góry jajek i masła.
Dla mnie pandoro to prostota w najlepszym wydaniu. W Italii kroi się go w grube plastry i podaje z kremem mascarpone lub inną jego wariacją. Czasem nawet z gorącą czekoladą. Przecież to kwintesencja świąt, prawda?
Torrone
Torrone jest deserem, który jest nie tylko pyszny, ale też ma bardzo ciekawą historię. Na jarmarku w Cremonie, gdzie próbowałam go po raz pierwszy, smakował wybitnie. To właśnie tutaj wytwarza się go od wieków. Składa się z miodu, cukru, białek i orzechów – najczęściej używa się migdałów, ale można spotkać też wersję z pistacją czy orzechami laskowymi.
Legenda mówi, że torrone w obecnej formie powstało w 1441 roku podczas przyjęcia ślubnego Francesca Sforzy i Bianki Visconti. Na cześć nowożeńców nugat uformowano na kształt wieży, która do dziś jest symbolem Cremony. Wieża po włosku to torre.
Dla Włochów torrone to prawdziwy rarytas. Jet symbolem bogactwa i dostatku. Na festiwalu torrone, który co roku odbywa się w Cremonie można spróbować przeróżnych jego wariacji. Spróbujcie tej z cytrusami, pachnie wspaniale.
Struffoli
Struffoli to deser, do którego podchodziłam trochę jak do jeża. Do dziś za nim nie przepadam, ale zasługuje na wzmiankę, ponieważ jest najstarszym neapolitańskim deserem. Neapolitańczycy nie wyobrażają sobie świąt i nowego roku bez struffoli. Wyobraźcie sobie małe, złote kuleczki z ciasta smażonego na głębokim tłuszczu, obtoczone w miodzie i posypane kolorowymi koralikami. Jedząc je w Neapolu jako deser po grudniowym obiedzie miałam trochę mieszane uczucia. Dla mnie struffoli są po prostu zbyt słodkie. Dlaczego są tak ważne? Symbolizują jedność rodziny, a przed sylwestrem wszyscy biorą udział w ich przygotowaniu.
Podobno korzenie tego deseru sięgają starożytnych Greków, którzy osiedlili się tutaj i założyli miasto Neapolis. Struffoli są dziś tak popularne, że w niektórych domach ich przygotowanie zaczyna się na długo przed bożym narodzeniem. Smakują najlepiej, gdy nasiąkną miodem, co dodaje im wilgotności i słodyczy.
Najbardziej urocze jest to, że struffoli formuje się w kształt wieńca lub stożka. Niektóre wersje są jak małe dzieła sztuki.


Ricciarelli
Ricciarelli to ciasteczka, które odkryłam w Toskanii, a konkretnie w Sienie. W cukierni za szybą wyglądały jak małe chmurki. Kupiłam kilka, bo taka moja praca, żeby prowadzić przez włoskie smaki i wiecie co? Smakowały wspaniale! Delikatne, słodkie, z wyraźnym aromatem migdałów.
Historia ricciarelli sięga XIV wieku, kiedy zaczęto je przygotowywać na świąteczne uczty. Podobno przepis powstał z inspiracji arabskimi deserami, które trafił do Toskanii dzięki kupcom. Ciasteczka tradycyjnie formuje się w owalny kształt, który ma przypominać krople wody. Posypane cukrem pudrem wyglądają, jak oprószone śniegiem.
Ciasteczka ricciarelli są wpisane na listę produktów chronionych geograficznie. Ten deser to połączenie włoskiej tradycji i historii, a takich rzeczy warto próbować!
Panforte
Zostańmy jeszcze w Sienie, bo tutaj odkryłam też panforte. Ten deser od razu przywodzi na myśl średniowieczne uczty. Próbując go po raz pierwszy w małej piekarence byłam zachwycona unoszącym się dookoła zapachem korzennych przypraw. Ten zbity placek jest pełen miodu, orzechów i suszonych owoców. Jego smak jest tak intensywny, że jeden kawałek wystarczy, żeby poczuć się jak w innej epoce.
Panforte pochodzi z XIII wieku, kiedy był przygotowywany jaki lekarstwo. Jego składniki miały właściwości odżywcze i rozgrzewające. Dawniej dodawano do niego również pieprz, dlatego był jeszcze bardziej wyrazisty w smaku. Stąd nazwa panforte, czyli mocny chleb. Podobno w średniowieczu ciasto było tak cenne, że używano go jako waluty w płaceniu podatków.
Dziś panforte serwuje się często z kieliszkiem wina deserowego Vin Santo, kolejnego toskańskiego specjału. Kroi się go na bardzo cienkie plasterki, jakby każdy był bardzo cenny do dzisiaj. Współczesne wersje są już mniej pikantne, ale wciąż tak samo wyjątkowe. A jeśli ktoś nie przepada za słodkimi winami, niech zastąpi go filiżanką włoskiej caffé.

Cartellate
Cartellate to ciasteczka, które są równie piękne, co smaczne. Kiedy zobaczyłam je w Bari podczas zimowego spaceru, nie mogłam im się oprzeć. Ich wygląd mnie urzekł – małe różyczki z chrupiącego ciasta, smażone a następnie zanurzone w miodzie. Niektórzy maczają ciasteczka w vincotto, lokalnym syropie winogronowym. I tak wersja smakuje najlepiej – delikatne, lekko chrupiące, z nutą karmelu i wina.
Okazało się, że cartellate to coś więcej niż deser. W Apulii ich przygotowanie to prawdziwy rodzinny rytuał. Starsze kobiety uczą młodsze, jak formować kształt małych różyczek, które podobno są symbolem aureoli Matki Boskiej lub korony cierniowej. Cały proces to mnóstwo pracy, ale za to wspólnota podczas ich robienia to część magii bożego narodzenia
Mostaccioli
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam mostaccioli w neapolitańskiej cukierni, pomyślałam: “Są trochę jak nasze pierniki”. I coś w tym jest! Te ciasteczka są w kształcie rombu, oblane czekoladą i mają lekko korzenny smak, który idealnie wpisuje się w smaki bożego narodzenia. Ich historia sięga aż starożytności, a nazwa pochodzi od słowa “mosto”, co oznacza moszcz winny. Moszczu z winogron dawniej używano jako naturalnego słodzika. W średniowieczu mostaccioli przygotowywano tylko a specjalne okazje, a przepisy różniły w zależności od miasteczka. Do dzisiaj w tym względzie nic się zmieniło. We Włoszech wystarczy pojechać do sąsiedniej miejscowości, a tradycje kulinarne zmieniają się. Najpopularniejsze mostaccioli były te z dodatkiem miodu i migdałów.
Gdy zbliża się boże narodzenie neapolitańczycy pieką mostaccioli w dużych ilościach, bo są one idealnym prezentem. Sama chętnie bym znalazła pod choinką takie domowe ciasteczka zapakowane w muślininową torebeczkę przewiązaną czerwoną wstążeczką.
Buccellato
Sycylijskie buccellato to jest deser, który idealnie trafia w moje smaki. Wyobraźcie sobie kruche ciasto po brzegi wypełnione mieszanką fig, migdałów, rodzynek, orzechów i kandyzowanych owoców. Pierwszy kęs w zimowym (ale słonecznym!) Palermo smakował jak kwintesencja Sycylii.
Początki buccellato to czasy starożytnego Rzymu. To tam właśnie wypiekano ciasta pełne miodu i orzechów. Nazwa pochodzi od łacińskiego słowa “buccellatum” oznaczającego chleb do przegryzania. Dawniej to był symbol gościnności, dlatego był obowiązkowym punktem każdej uroczystości.
Najpiękniejsze w buccellato jest to, że każda sycylijska rodzina ma swoją wersję przepisu. Na przykład w Trapani dodaje się więcej fig, a w Katanii cynamon musi być wyraźnie wyczuwalny. Jest wersja z dodatkiem anyżu, która nadaje ciastu wyjątkowego aromatu.
Fritelle
Nie znam nikogo, kto by nie lubił fritelli. Te weneckie smażone kuleczki ciasta wypełnione rodzynkami lub puszystym kremem pachną domem, świętami i radością. To one są jednym z powodów, dla których lubię wracać do Wenecji zimą. Podczas karnawału sprzedawane są na ulicach, ale lokalne cukiernie zaczynają je przygotowywać już na boże narodzenie, gdyż są ważnym elementem świąt.
Tradycyjne fritelle są nadziewane rodzynkami i orzeszkami piniowymi lub kremem waniliowym. Niektórzy dodają również likier, który nadaje im bardziej wyrazisty smak. Ich historia sięga średniowiecza, kiedy smażone ciasta były symbolem obfitości, a w Wenecji dobrze się przecież działo. W końcu smażenie na głębokim tłuszczu wymagało dostępu do drogich składników, takich jak olej i cukier. W dawnych czasach smażenie fritelli było zadaniem dla mężczyzn, którzy przy okazji mogli wykazać się swoimi kulinarnymi talentami.
Podczas bożego narodzenia fritelle są podawane zazwyczaj w dużych koszach, aby każdy mógł po nie wygodnie sięgnąć. Ma to tez symbolizować dzielenie się i wspólnotę. W Wenecji często podaje się do nich kieliszek Prosecco, które idealnie balansuje ich słodycz.

Cuccia
Cuccia to deser, za którym stoi piękna historia i głębokie symboliczne przesłanie. Ten sycylijski przysmak poznałam w Syrakuzach, ponieważ jest związany z kultem świętej Łucji, patronki miasta. Tradycyjnie przygotowuje się go 13 grudnia, w dniu jej święta, ale w niektórych domach pojawia się też na stołach w boże narodzenie.
Podstawą cucci sa gotowane ziarna pszenicy, które łączy się z ricottą, czekoladą, miodem i kandyzowanymi owocami. Oczywiście jest mnóstwo wariacji – ktoś dodaje tylko miód i rodzynki, a ktoś inny zastępuje ricottę kremem waniliowym. Pszenica w tym deserze symbolizuje przetrwanie i nadzieję, a historia jego powstania wiąże się z cudem w 1946 roku. Mieszkańcy Syrakuz umierali z głodu i modlili się do swojej patronki o cud. Łucja zesłała im zboże w dniu swojego święta.
W boże narodzenie ten deser jest szczególnie ważny w rodzinach, które pielęgnują lokalne tradycje. Cuccię podaje się w pięknych, kolorowych ceramicznych misach zdobionych ręcznie przez lokalnych artystów. Zwyczajowo pierwszą porcję cucci oddaje się biednym, jako gest wdzięczności za obfitość.

Piszę z pasji i miłości do Italii. Bardzo się staram, żeby treści, które przekazuję były rzetelne i sprawdzone. Jeśli podoba Ci się ten artykuł, będzie mi miło, jeśli się nim podzielisz z innymi. Zaobserwuj mnie też na Instagramie, gdzie na bieżąco pokazuję super miejsca we Włoszech. Grazie di cuore!
Zapisz się również na mój newsletter – Cartolline dall’Italia, czyli pocztówki z Włoch. Co jakiś czas będę przenosić Cię do słonecznej Italii opowiadając o pięknych miejscach, lokalnych przysmakach i włoskim winie.
